Smak sukcesu


Wyobraź sobie ten piękny dzień, kiedy po długich oczekiwaniach, radośnie i w pełnej energii wracasz do domu po skutecznej rozmowie w sprawie awansu. Marzenia stają się faktem.
Dobra firma zwróciła na Ciebie uwagę. Nowe wyzwania, samochód, karta firmowa, klub fitness, telefon i laptop. Początkowo, bliscy dostrzegają w Tobie zwycięzcę. Pani w banku uśmiecha się zachęcająco. Bierzesz kredyt na dom i drugi samochód. Masz to fantastyczne poczucie, że teraz „możesz wszystko”.

Życie staje się fascynujące.

Zmienność sytuacji, duża mobilność, nowoczesna technologia. To wszystko wydaje się nawet twórcze i rozwijające. Spotykasz wielu prawdopodobnie ciekawych ludzi. Lecz tak naprawdę nie możesz ich poznać bliżej bo spotykacie się w celach zawodowych. Prócz tego, że wciąż „możesz wszystko”, jest jeszcze więcej tego co „MUSISZ”. Wyjazdy, raporty, limity, nadgodziny, presja czasu, konflikty. Kolejny awans nie rozwiązuje sprawy. Jest nawet gorzej bo światowa konferencja wypada w dniu urodzin dziecka a kongres w wakacje. Ambitnie dajesz radę. Co prawda dostrzegasz zmiany na twarzach bliskich, ich wewnętrzny niepokój, ale co tam – przecież to wszystko dla nich. Natłok spraw zabija naturalną potrzebę głębszej refleksji.

Epilog tej historii może być różny.

Najczęściej prowadzi dość prostą drogą do stanu wypalenia. Kryzysy relacji, zanik motywacji, utrata radości tworzenia, pierwsze symptomy utraty zdrowia i sprawności psycho-fizycznej. Możesz stracić przyjaciół, później rodzinę a na końcu pracę, która tak wiele dla Ciebie znaczy. Jedynie kredyty pozostają.

Moja historia mogła się skończyć podobnie.

Żyłem szybko, w zgodzie z modą – ciężka praca, dobra płaca, dużo aktywności na zewnątrz i sport. Zawsze brakowało czasu na pogłębione pasje, przemyślenia, inne życiowe decyzję. Niespodziewanie, kontuzja sportowa pozwoliła mi zatrzymać się, doświadczyć harmonii. Trafiłem do szpitala. Byliśmy w sali we czterech, mieliśmy czas. Od rana do późna w nocy rozmawialiśmy, snuliśmy refleksje o życiu, śmialiśmy się. Po powrocie do domu zrezygnowałem ze stanowiska dyrektora dynamicznego przedsiębiorstwa. Uświadomiłem sobie, że sposób, w jaki żyję, tempo, któremu podlegam, daleko odbiegają od mojej natury, od rzeczywistości, w której chciałbym żyć. Radziłem sobie, jak większość z nas. Ale traciłem radość tworzenia. Dotarło do mnie, że żyję nie swoje życie. Zbyt wiele energii i mocy inwestowałem w pracę, chcąc zadowolić innych. Zaniedbałem najcenniejszy obszar „Ja”, czyli życie osobiste, więzi, relacje, miłość, współistnienie z innymi.

Wtedy w szpitalu pomyślałem, że mogę realizować zadania na mniejszą skalę. Robić coś fajnego w najbliższym otoczeniu. Jak? Zacząłem od szczerej rozmowy ze sobą, czy chcę żyć tak jak dotąd. Kim jestem w swojej naturze? Kim się czuję? Co jest moim naturalnym darem i jak to powiązać z codziennym życiem? Zrozumiałem, że jestem „wspieraczem”, osobą, która wspiera innych w osiąganiu tego, czego pragną. Osobą mocno powiązaną z naturą. Kupiłem więc ziemię pod Warszawą i zagospodarowałem ją do celów szkoleń, wykładów, różnych pomocnych przedsięwzięć. Powstała „Farma Coachingu”. Włączyłem do pomocy najbliższych, rodzinę. Zauważyłem, że ludzie, którzy odwiedzają to miejsce odnajdują tu zapomnianą część siebie i nowe tempo życia – raczej wolne niż szybkie.

Jak przeciwdziałać?

Szanujmy siebie i innych, dbajmy emocjonalnie o bliskich i wspólną codzienność. Wierząc, że jeśli zarobimy pieniądze i odniesiemy sukces to wszystko się ułoży, opuszczamy codzienność, uderzamy w bliskie związki. Tracimy bezpowrotnie miłość, zaufanie i inne wartości. To zbyt wysoka cena. Teraz, kiedy mam czas na działania, relacje i sprawy, które są dla mnie najważniejsze, cieszę się obecnością bliskich, wspólną pracą oraz tym, że mamy ważne dla nas miejsce. Tak rozumiemy sukces. To fantastyczny sposób na życie.

Piotr Mencina

*Piotr Mencina – jest coachem, trenerem i mediatorem. Wspiera ludzi w osiąganiu ich osobistych sukcesów. W codziennej pracy wykorzystuje wiedzę o programowaniu neurolingwistycznym.