Dlaczego odrzuciłam szansę na karierę jako architekt? cz. I


Zostać architektem postanowiłam już w wieku 5 lat. Idea posiadania wpływu na kształt tego co nas otacza wydawała mi się czymś wspaniałym. Stało się marzeniem.

Sama o sobie pisze:Jestem tu nie tylko ze względu na ilość słońca, ale na to jak bezstresowe i spokojne jest życie w tym miejscu. Ze względu na to jak ludzie skupiają się na cieszeniu się dniem, a nie na pracy i karierze, czy też swoim wyglądzie i innych pustych, nieistotnych w życiu rzeczach. Jak dzika przyroda i średnio rozwinięta infrastruktura wymaga życia skromniejszego, ale za to pełniejszego i szczęśliwszego. Ale przede wszystkim ze względu na to ile uczy przebywanie w środowisku zupełnie innym niż nasze codzienne, z dala od najbliższych i przyjaciół. Na to jak zmienia się perspektywa na cały świat„.

Dlaczego odrzuciłam szansę na karierę jako architekt?

Zostać architektem postanowiłam już w wieku 5 lat. Idea posiadania wpływu na kształt tego co nas otacza wydawała mi się czymś wspaniałym. Stało się marzeniem.

Pracę zaczęłam szybko, jeszcze na studiach. Pracowałam w biurach wszelkiej wielkości, od małych pracowni po kilkuset-osobowe korporaKatarzyna -Życie Pod Pamami 1cje, przy małych projektach z architektury wnętrz po gigantyczne projekty urbanistyczne. Dzięki moim umiejętnościom szybko uzyskałam status eksperta od organizacji projektów i pracy w zespole. Moja kariera rozwijała się bardzo szybko i gdy miałam 28 lat zaproponowano mi pozycję menadżera projektu.

Odmówiłam.

Niewiele później złożyłam wypowiedzenie i postanowiłam pożegnać się z tą branżą. Dlaczego?

Pomimo, że architektura zawsze była moją pasją nigdy tak naprawdę mnie nie uszczęśliwiała. Wręcz przeciwnie – karała mnie za tę pasję. Ale przez długie lata wmawiałam sobie, tak jak inni, że „to moje powołanie”, że „kocham swoją pracę”. Nie chciałam dostrzegać oczywistych problemów (które na pewno wydadzą Ci się znajome, nawet jeśli pracujesz w innej branży):

• architekci żyją i oddychają swoją pracą. Czas wolny spędzają na czytaniu nowinek ze świata architektury, kolegują się tylko z innymi architektami, nierzadko spotyka się małżeństwa architektów.
• architekci są zmuszani do pracy po godzinach, a nawet w weekendy. Nierzadko bez dodatkowego wynagrodzenia – jedynie z obietnicą „wolnego” – ale zwykle na te „wolne” nie ma później czasu
• pomimo, że architekci pracują dużo, ich zarobki są na bardzo niskim poziomie.
• wyższe stanowiska (menadżerowie) to niewiele większa pensja- ale praca w dużym stresie i jeszcze więcej nadgodzin.
• szefowie biur nie wypełniają swojej roli – nie potrafią odpowiednio zarządzać biznesem, co powoduje problemy. Pomimo, że zarabiają najwięcej mają też najmniej czasu – pracują non stop, nie mają czasu dla rodziny
• architekci nie mają pewności siebie, projektują to co modne, bez własnych przemyśleń. Efektem są budynki niepraktyczne, drogie w utrzymaniu, nierzadko zwyczajnie śmieszne
• architekci panicznie obawiają się krytyki. Każdą opinię odbierają bardzo osobiście
• wykonywany zawód, otoczenie innych architektów i napędzanie fantazji o tym jak to „architekci są tacy wyjątkowi”, „tacy inni” i „nikt ich nie rozumie” sprawia, że większość architektów ma bardzo zaburzone ego i prowadzi życie niezwykle smutne, puste, nierzadko cierpiąc na głęboką depresję.

Powyższe problemy nie są domeną tylko i wyłącznie architektury. To ogólna charakterystyka każdej pracy biurowej, a szczególnie życia korporacyjnego.

Patrząc na to w jaki sposób żyją znani mi starsi architekci oraz sami szefowie stwierdziłam, że za żadne pieniądze nie chcę takiego życia. Do czego ono prowadzi? Do kompletnego paradoksu – poświęcasz cały swój czas na pracę, by zarobić pieniądze… na życie. Którego nie masz kiedy prowadzić… I im dłużej tkwisz w takiej pułapce tym trudniej Ci się z niej wydostać.

Więc dlaczego nadal jestem architektem?

Pomimo dość długich wakacji od architektury nie udało mi się znaleźć innego zajęcia, które by mnie naprawdę interesowało. Zrozumiałam bardzo ważną rzecz – nadal „kochałam” tę pracę. Wszystkie problemy tej branży nie zmieniły tego ani trochę. Nadal chciałam być architektem. Ale odpoczynek od zawodu pozwolił mi przypomnieć sobie, dlaczego w wieku 5 lat zdecydowałam się na ten zawód – chciałam projektować domki, apartamenty, miasta – dla człowieka. W skali człowieka. Chciałam polepszać życie ludzi, poprzez zmianę ich najbliższego otoczenia. Moim marzeniem nie było zdobycie nagrody Pritzkera, ani zaprojektowanie najwyższego, najdroższego, czy innego „naj” budynku na świecie.
I w kontekście tych właśnie dziecinnych marzeń wizja kariery w tej branży stała się nagle horrorem. Okazało się, że sama siebie oszukałam. Poszłam za tłumem innych, równie zaślepionych, bezmyślnie brnąc w styl życia i pracę, jakich nigdy tak naprawdę nie chciałam.
Mój powrót do architektury oznaczał moje zasady – praca na własny rachunek, dużo więcej wolnego, całkowity brak nadgodzin, itp. I o dziwo – było to możliwe, zarówno w pracy biurowej jak i teraz – na własnej działalności. Wystarczyło tylko głośno powiedzieć czego się oczekuje i jasno wyznaczyć swoje granice.
Dziś pracuję z uśmiechem na twarzy, w zespole, który tak jak ja szanuje swój czas wolny. Bez stresu, pośpiechu i nierealnych terminów. I bez chęci awansu czy zdobycia jakiegoś tytułu. Za to z prostym planem na naprawdę szczęśliwe i pełne życie.

Czy jestem wyjątkiem?

Wyzysk pracowników w firmach jest możliwy tylko i wyłącznie z jednego powodu – sami się na to godzimy. W przypadku architektury problem jest szerszy i zaczyna się już na uczelniach – studentom powtarza się, że to praca trudna, wymagająca poświęceń, że są artystami, itp. Ale mechanizmy „zniewolenia” we wszystkich firmach są takie same.
Najlepszym przykładem są kuchnie z darmową kawą, nierzadko też jedzeniem: to zabieg, który ma zintegrować pracowników i stworzyć wrażenie, że „jesteśmy zespołem”, a „szef to nasz kolega”. W ten sposób zabiera się pracownikom szansę na poprawne egzekwowanie swoich praw i na protesty.

Te publiczne przestrzenie służą kontroli zachowania pracowników:

Jeśli będę pracował więcej to mam szansę na awans i więcej pieniędzy

Zgadza się (choć w przypadku architektury nie będziesz zarabiać dużo więcej), ale będziesz wówczas pracować jeszcze więcej (czyli niekoniecznie będziesz zarabiać dużo więcej za każdą poświęconą godzinę swojego życia).

Kiedyś sam założę własną firmę

To wymaga zwykle inwestycji całych Twoich oszczędności na coś, co w bardzo zdecydowanej większości się nie udaje. Szanse na to, że uda Ci się utrzymać firmę są bardzo nikłe (zwłaszcza w branży architektonicznej).

Niebawem zdobędę wyższą posadę

Pracownicy każdej firmy to siła robocza, nie grupa menadżerów. To największy trick korporacji – sprawić wrażenie „drabiny” kariery. Dlatego mamy tyle tytułów (menadżer, senior menadżer, executive, etc). To buduje iluzję, że wszyscy na tych stanowiskach są na podobnym poziomie co sam szef. W rzeczywistości są nadal siłą roboczą, pracująca na tego szefa.

Trzeba się poświęcać dla dobra projektu, szef też zostaje po godzinach

Pracując w firmie nie poświęcasz się dla niczego innego jak dla zarobku Twojego szefa. Każda nieopłacona godzina Twojej pracy to zysk w jego kieszeni. Gdybym sama miała zespół i pracowałby on godzinę dłużej każdego tygodnia, pomyślałabym „dzięki za te 200€, które właśnie daliście mi w prezencie!”.

Dłuższa praca sprawia, że projekt jest lepszy

Praca po godzinach może faktycznie powiększyć projekt o dodatkową ilość informacji, ale każde badanie pokazuje, że długie nadgodziny prowadzą do spadku wydajności i w rezultacie całościowo – pracujesz dużo gorzej (np. następnego dnia rano jesteś zmęczony).

Firma się rozwija więc nie może płacić za nadgodziny

Gdyby musiała, dostosowałaby się. To są prawa wolnego rynku. Wystarczy przeprojektować tabelkę excela.

Inni, na przykład prawnicy, też pracują bardzo dużo

To prawda, ale różnica między Tobą a przeciętnym prawnikiem czy lekarzem jest taka, że on za swoją pracę otrzymuje bardzo wysokie wynagrodzenie.

Wszystkie te kwestie sprawiają, że dziś naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy poświęcają swoje życie na karierę. Oddają najlepsze swoje lata na coś, co nawet jeśli przyniesie im kiedyś sukces, nie zmieni ich sytuacji życiowej – jako szefowie nadal będą ciężko harować, nawet jeszcze bardziej. A ich życie będzie przepełnione stresem.

Ja, za taką karierę dziękuję. Wolę inną opcję, o wiele bardziej opłacalną:

1. Pracować mniej i zarabiać mniej, ale mieć czas na życie
2. Żyć skromnie, oszczędzać maksymalnie i mieć tyle wolnego czasu ile zapragnę
3. Mądrze inwestować, co w ciągu ok. 10-15 lat pozwoli mi przejść na emeryturę

A co jeśli mój plan się nie powiedzie?

Szanse na to, że mój plan się nie uda są praktycznie równe zeru. Jeśli zdarzyłoby się coś nieprzewidzianego (choroba, etc) spowoduje to tylko przesunięcie daty emerytury.
Dla porównania – szansa, że uda mi się zostać wspólniczką biura architektonicznego, stworzyć prosperującą własną firmę, lub wygrać w toto lotka są bardzo, bardzo nikłe.

Decyzja jest więc prosta. Poza tym – kto chce pracować całe swoje życie? Problemów ZUSu w ogóle nie będę poruszać, bo chyba nikt już nie wierzy, że ma szansę na jakąkolwiek rozsądną emeryturę?

Katarzyna, autorka bloga „Życie Pod Palmami” uznała, że jej historia bardzo pasuje do tematyki SlowLajf i zwróciła się do nas, abyśmy zamieścili na naszej stronie poniższy post. Katarzyna jest architektem z zamiłowaniem do psychologii, pasją do podróżowania i języków obcych. Od ponad roku mieszka i pracuje na Gwadelupie – jednej z karaibskich wysp.

Bloga Autorki można odwiedzić pod adresem: zyciepodpalmami.wordpress.com