Dlaczego odrzuciłam szansę na karierę jako architekt? cz. II


Ponad 2 lata temu, zmęczona pracą na etacie i wszystkimi problemami mojej branży, których nie dało się już dłużej negować, postanowiłam rzucić swoją karierę. Potrzebowałam dystansu i spokoju by wszystko przemyśleć.

Nie wiedziałam co dalej, nie miałam określonej alternatywy. Wszystko co wiedziałam to to, że moja cierpliwość się wyczerpała. Że moje życie ulegnie dużej zmianie. Ale nawet nie śniłam, że w ciągu zaledwie roku znajdę się na Karaibach i będę żyć tak jak żyję dziś…  

Gdybyś spotkał mnie 3-4 lata temu poznałbyś zupełnie inną osobę. Byłam karierowiczką, swoją pracę nazywałam jedyną pasją w życiu i uparcie twierdziłam, że kocham to co robię. Mieszkałam w spokojnej, zielonej, nowoczesnej dzielnicy Berlina nad rzeką, tuż obok jednej z najbardziej rozpoznawalnych ulic, z wszelkimi udogodnieniami i masą rozrywek. Spełniał się dla mnie „amerykański sen” – pieniądze, sława, sukcesy, kariera… Szybkie życie, imprezy, znajomi, możliwości. Wydawało się, że świat nie ma granic… Że moje życie jest idealne. To ułuda, którą buduje nam cywilizacja i miasto. Że wszystko, czego potrzebujemy jest na wyciągnięcie ręki…

„Człowieku, świat stoi przed Tobą otworem, więc uważaj, byś zeń nie wypadł.” Stanisław Jerzy Lec

Byłam osobą, która poświęcała nadgodziny dla dobra projektu. Która przez lata sądziła, że zostanie to docenione i że zapewni mi więcej pieniędzy. Że będę w końcu mogła pracować mniej. Definiowałam siebie poprzez swoją pracę. Czytałam magazyny dla architektów i przeglądałam portale internetowe bo „tak wypadało”. Bo „jaki architekt nie zna największych nazwisk w branży i najnowszych projektów”. Wmawiałam sobie, że tak należy robić i że bez mojej pasji nie byłabym „sobą”.

palmaAle w końcu zaczęłam rozglądać się dokoła i zadawać sobie pytania o mnie i o moją przyszłość. Zaczęłam patrzeć na starszych architektów i ich smutne, depresyjne życia. Ich wieczne niezadowolenie z siebie. Zaczęłam analizować swoje życie i swoje priorytety. Przestałam śledzić architektoniczne nowości. Przestałam kłamać, że obchodzą mnie nazwiska STARchitektów, że podobają mi się współczesne trendy w architekturze… Zaczęłam przemawiać własnym głosem, a nie głosem profesorów z uczelni czy sławnych „autorytetów”. I niedługo później rzuciłam tę karierę.

Zdecydowałam, że nie tego chcę. Że to nie dla mnie. Że nie jestem, nie byłam i nigdy nie będę takim architektem. Bo po prostu nie obchodzi mnie to, co według tego środowiska powinno mnie obchodzić. Nie obchodzi mnie odcień klamek. Nie obchodzi mnie, czy fasada jest symetryczna czy nie, czy podłogi mają odpowiednio dobrane kolory fug. Ani czy detal drzwi nawiązuje do stylu miasta… Bo to nie ma praktycznie żadnego wpływu na jakość architektury i życia ludzi. To są pierdoły, którym architekci poświęcają czasem całe noce… A nierzadko całe życia… 

Interesowało mnie to, jak architektura wpływa na ludzi. Jak kształtuje życia. Czy je polepsza. Czy ludzi na nią stać. Interesowało mnie to wszystko, co według mnie powinno interesować Architekta przez duże „A”. A czego ta branża, zaślepiona modą i trendami nie chciała lub nie potrafiła dostrzec.

To był chory świat i chory zawód, wyniszczający mnie od środka. Zbyt stresujący, abstrakcyjny i stopiony w ludzkiej głupocie. Zarażony perfekcjonizmem. Miałam już dość ciężkiej pracy i poświęcania się czemuś, co nie przynosiło obiecywanej satysfakcji życiowej. Byłam gotowa zacząć od zera, z minimalną pensją. Tylko po to, aby znów poczuć lekkość nowicjusza, który nie musi wszystkiego wiedzieć i umieć. Który może się czegoś nauczyć… Ale poza stworzeniem projektu start-upu ze znajomym nie znalazłam nic, co by mnie prawdziwie zainteresowało. Czas mijał, moje oszczędności powoli się kończyły, a ja czułam, że od pracy bez celu jeszcze gorsze są wakacje bez celu…

Od teraz to TYLKO praca

pracaPomimo, że postanowiłam rzucić branżę architektoniczną, ciągle wysyłałam CV i chodziłam na rozmowy kwalifikacyjne, na wypadek gdyby skończyły mi się pieniądze na poszukiwanie nowej kariery. Pozwoliło mi to na pewien eksperyment – żądałam maksymalnych korzyści i wymagałam dostosowania się pracodawcy do moich warunków i czasu pracy. O dziwo, duża korporacyjna firma się zgodziła. Jeszcze większe było moje zdziwienie, gdy pomimo moich spóźnień, wcześniejszego wychodzenia, niedotrzymywania terminów (z winy beznadziejnego oprogramowania i menadżerów, którzy nie potrafili odpowiednio zarządzać czasem) nie zostałam zwolniona. Ba! Po pół roku zaoferowano mi awans…

Wymagania? Więcej „elastyczności” i „integracji” z zespołem, co w języku korporacji oznacza „nadgodziny, podróże służbowe i całkowite oddanie się pracy”. Byłam w szoku. Próbowali mnie „kupić” rzucając wysokie kwoty wynagrodzenia. Jakież było ich zdziwienie, gdy 2 dni później zobaczyli na swoim biurku wypowiedzenie…

Po tym wszystkim, jak z nieba spadła „praca marzeń”. Świetnie płatna, bez nadgodzin, bez stresu, w przyjemnym zespole. Ale już po tygodniu wiedziałam, że i z niej zrezygnuję…

szachy„Są tylko dwie tragedie w życiu: jedna to nie dostać tego, czego się chce… druga to to dostać.” Oscar Wilde

Całe życie myślałam, że tego właśnie szukam. Odpowiedniego zespołu, spokoju, świetnej pensji… Zdobyłam w końcu to, czego tak długo szukałam.

Ale brakowało mi rozwoju. Możliwości popełniania błędów. Wolności nowicjusza. Czułam, że stoję w miejscu. Że za chwilę stanę się robotem. „Gdzie się podziały moje marzenia?” – zaczęłam w końcu zadawać sobie pytanie, które powinnam była zadać sobie już dawno. „Co się stało z moim planem na bycie architektem, który podróżuje i pracuje w każdym miejscu świata, całe życie ucząc się nowych rzeczy?”

Sporo czasu zajęły mi rozmyślania. W końcu zrozumiałam, że zarabianie na życie to nie to samo co kreowanie swojego życia. Że aby realizować marzenia, trzeba zrobić krok ku nieznanemu i zostawić wygodne, poukładane życie. Nie patrzeć na pieniądze, pasje, czy zdanie innych. Nie pozwolić, by praca definiowała mnie i decydowała o moim życiu…

Twoja praca Cię nie definiuje

Ludzie mają obsesję na punkcie swojego zawodu. Od niego uzależniają swoją wartość. A to przecież tylko praca. Należy ją wykonać, w jak najkrótszym czasie i potem cieszyć się życiem. Często słyszy się „rób to, co kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu”. To kolejne bezsensowne uproszczenie. Każda praca bywa trudna. Każda praca bywa stresująca. Każda praca ma swoje minusy. Każda praca czasem nudzi. Każda. Nie bez powodu ludzie, którzy mówią, że kochają to, co robią nie mają życia poza tą pracą…

Pracujesz po to, by żyć, a nie żyjesz po to, by pracować. Twoja praca to tylko praca, a po niej jest właśnie to, co nazywasz życiem. Ma zapewnić Ci fundusze, aby to życie prowadzić, a nie być czymś, dla czego je poświęcasz. Oddzielenie pracy od życia prywatnego jest czymś niezwykle ważnym w dzisiejszym świecie, który jak szalony goni za… niczym.

Nie ma znaczenia, czy jesteś sprzątaczem, adwokatem, pielęgniarką czy budowniczym. Ważne jest kim jesteś gdy zegarek wybija koniec dnia pracy. Co robisz z czasem wolnym. Czy w ogóle go posiadasz. Na co przeznaczasz te zarobione pieniądze. Większość ludzi po pracy jest nikim i nie robi absolutnie nic. Bo praca na etat, tym bardziej w dużym mieście o silnej konkurencji, wykańcza psychicznie i fizycznie. Wracasz do domu i nie jesteś w stanie już nic zrobić.
dominikanaDlatego tak ważne jest uświadomić sobie czego tak naprawdę chcesz. Określić cel, a potem do niego dążyć, nie patrząc na świat zewnętrzny. Kiedy chciałam po prostu wyjechać na Karaiby, nie liczyło się dla mnie czy będę dalej architektem ze świetną pensją. Bo to, czego chciałam nie było dostępne w mieście. I byłam gotowa zostać kelnerką, recepcjonistką, nauczycielką… byle tylko realizować marzenia.

Gdybym dalej pracowałam na „bezpiecznym” etacie od 9:00 do 17:00 nie zrobiłabym tego wszystkiego, czego dokonałam w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Nie zwiedziłabym tylu miejsc, nie spełniłyby się moje wielkie marzenia. Nie dlatego, że nie miałabym na nie pieniędzy. Dlatego, że nie miałabym na nie czasu.

Dziś jestem architektem bez wielkiej kariery. Ale z niesamowitym życiem. Architektura jest tylko moją pracą, liczy się to, co robię poza nią. I to właśnie to mnie definiuje.

Mam nadzieję, że ten artykuł zainspiruje Was do przemyśleń. Niekoniecznie do zmian zawodu, ale do innego do niego podejścia. Do skupienia się na realizacji swoich marzeń. Mam nadzieję, że przestaniecie szukać celu swojej egzystencji w pracy. Że przestaniecie przejmować się ludźmi, którzy widzą Was tylko przez pryzmat Waszego zawodu. I że będziecie mieli odwagę podążać za swoją intuicją i szukać tego, co Was naprawdę uszczęśliwia. A praca stanie się dla Was tym, czym powinna być – sposobem, by to zdobyć. 

Katarzyna jest architektem z zamiłowaniem do psychologii, pasją do podróżowania i języków obcych.Od ponad roku mieszka i pracuje na Gwadelupie – jednej z karaibskich wysp.

Sama o sobie pisze:Jestem tu nie tylko ze względu na ilość słońca, ale na to jak bezstresowe i spokojne jest życie w tym miejscu. Ze względu na to jak ludzie skupiają się na cieszeniu się dniem, a nie na pracy i karierze, czy też swoim wyglądzie i innych pustych, nieistotnych w życiu rzeczach. Jak dzika przyroda i średnio rozwinięta infrastruktura wymaga życia skromniejszego, ale za to pełniejszego i szczęśliwszego. Ale przede wszystkim ze względu na to ile uczy przebywanie w środowisku zupełnie innym niż nasze codzienne, z dala od najbliższych i przyjaciół. Na to jak zmienia się perspektywa na cały świat„.

Cz. I historii Katarzyny, autorki bloga „Życie Pod Palmami”, można przeczytać pod linkiem: http://slowlajf.org.pl/historie-z-zycia/dlaczego-odrzucilam-szanse-na-kariere-jako-architekt-historia-katarzyny-autorki-bloga-zycie-pod-palmami/