Dlaczego „Alkaliczny Styl Życia”? (cz. 1/2)


Beata Sokołowska, autorka książki „Alkaliczny styl życia” w wywiadzie dla Fundacji SlowLajf opowiada jak istotny wpływ ma dieta na poprawę jakości życia i radzenia sobie z wyzwaniami codzienności. Rozmawia Katarzyna Skoczek.

Katarzyna Skoczek: Napisałaś w swojej książce „W moim życiu zmiany na dobre zaczęły się z chwilą, kiedy przyznałam się sama przed sobą, że to we mnie jest przyczyna wszystkiego co jest na zewnątrz mnie” i dalej „Grunt to mieć odwagę spojrzeć samemu sobie prosto w oczy i przyjąć do wiadomości, że to od nas samych zależy jak się czujemy i co ze swoim życiem robimy”. Takie myślenie cały czas nie jest powszechne i często bierze się dopiero z trudnych doświadczeń. Dlaczego tak jest?

Beata Sokołowska: Trudno, zwłaszcza spotykając się z problemami i doświadczając niepowodzeń przyznać się do tego, że ich źródło tkwi w nas. O wiele prościej, a zarazem o wiele bardziej powszechnie jest obwiniać czy to kogoś, czy niesprzyjające okoliczności, czy pecha, czy system, rodzinę lub kraj w których się urodziliśmy, partnera itd. itp. Szukanie przyczyn w sobie to jak przyznanie się do niedoskonałości, a nie każdego na to stać. Im bardziej rozbuchane ego, tym trudniej przyznać się (także przed sobą), że my też mamy wady.

Ale z drugiej strony proszę pomyśleć, jeśli przyczyna tkwi w nas – to mamy na nią ogromny wpływ. Mamy wpływ na zmianę. A jeśli jest poza nami, to zakres naszego wpływu drastycznie się zmniejsza, a czasem topnieje do zera. Mimo więc, że trzeba odważnie spojrzeć na swoje słabości, niedoskonałości, popełniane błędy itp. – w perspektywie czasu to się zdecydowanie bardziej opłaca. Także dlatego, że przy okazji uczymy się m.in. wyrozumiałości i akceptacji.
W efekcie też znacznie łatwiej radzić sobie z porażkami, bo przecież uczymy się i pozostaje nadzieja, że sokoro od nas coś zależy, to następnym razem zrobimy lepiej. A po upadkach i niepowodzeniach – uczymy się i wyciągamy wnioski. Jeśli składamy nasze samopoczucie czy nawet życie na karb niezależnych od nas obiektywnie czynników zewnętrznych, to trudno o pełne przerobienie lekcji i konstruktywne wnioski, które pomogą nam się doskonalić i radzić sobie z niekorzystnymi dla nas schematami zachowań.
Sama również kiedyś szukałam winnych wokół. Powodowało to użalanie się nad sobą, bądź swoim losem. Ale przecież prawda jest taka, że nawet w najtrudniejszej sytuacji mogę coś zmienić. Chociażby swoje jej postrzeganie.
To może jest zbyt duże uogólnienie, bo sprawa jest znacznie bardziej złożona. Ale chciałam podkreślić wymiar praktyczny. Byśmy nie bali się brać odpowiedzialności za siebie i swoją rzeczywistość, bo to dobry punkt wyjściowy do dobrych zmian.

Opisujesz w książce swoją historię i swój stan zdrowia sprzed kilkunastu lat. Gdzie znalazłaś pierwszy bodziec, myśl, że zmiana stylu odżywiania to coś, od czego powinnaś zacząć. Jak odżywiałaś się wcześniej?

Wcześniej w moim domu królowała tradycyjna kuchnia polska na obiad (to znaczy najczęściej mięso z ziemniakami i niewielki dodatek warzyw, zupy na kościach, sosy – zagęszczane mąką, bigosy, kotlety itp., wszystko z dodatkiem przypraw typu vegeta plus podstawowych pieprzu i soli). No i kanapki na śniadanie, kolację – kajzerki z wędliną, żółtym serem, ewentualnie parówki, twaróg, słodkie dżemy, mleko. Normą były też słodycze zawsze dostępne w domu i różnego rodzaju pogryzki typu wafle czy paluszki. Dużo jadłam, a mimo to wciąż odczuwałam głód. Często łapałam infekcje, a jeszcze gorsze niż sama infekcja było osłabienie po chorobie, które towarzyszyło mi tygodniami. W żaden sposób jednak nie łączyłam tego z odżywianiem. W okolicach trzydziestki zaczęły się poważne problemy zdrowotne. Raz trzech lekarzy chciało mnie natychmiast położyć do szpitala na operację – z powodu poważnych problemów kobiecych i dużej, bolesnej narośli. Nie zdecydowałam się tylko z powodu egzaminów, których termin się zbliżał i chciałam je zdać nim pójdę do szpitala. W tamtym czasie trafiłam też na zioła, które w swoich opisach miały różne składniki opisywane jako lecznicze na choroby kobiece, w tym nowotwory. Zaczęłam te zioła zażywać. Nim zdałam egzaminy, narośl nie była wyczuwalna i nic mnie nie bolało. To był pierwszy istotny bodziec zainteresowania wpływem tego, co dostarczamy organizmowi z zewnątrz. Kolejnym bodźcem było przeczytanie o życiu plemienia Hunzów. Zachwyciła mnie prostota ich codziennego dnia i żywienia, a zwłaszcza w powiązaniu z informacjami, że żyją długo, bez chorób cywilizacyjnych i do końca aktywnie, z wigorem i energią witalną. Jeszcze jednym przełomowym momentem było zrobienie pierwszego detoksu organizmu, po którym minęły mi dotkliwe bóle stawów. Były jeszcze inne wydarzenia. Łatwo było mi analizować ich wpływ na samopoczucie bo stałam się już wnikliwym obserwatorem samej siebie. I tak narodziła się prawdziwa pasja. Rozwijała się dwukierunkowo – zainteresowaniem wpływu odżywiania i innych czynników takich jak ruch, sen czy odpoczynek na zdrowie oraz zainteresowaniem znaczenia psychiki, myślenia i sposobu odbierania świata dla zdrowia i zdrowienia. Z tego drugiego powodu poszłam na studia psychologii klinicznej, na których jedną ze specjalizacji jaką wybrałam była psychologia zdrowia.

Gdy 4 lata temu pewna mądra osoba zarekomendowała mi sposób odżywiania, który promujesz, a ja za jej radą poszłam, uznana zostałam za heretyczkę. Z jednej strony wszyscy widzieli pozytywne błyskawiczne efekty, jakie przynosiła ta zmiana – z drugiej takie podejście do odżywiania cały czas spotykało się z niezrozumieniem. Minęły 4 lata, na zdrowe odżywianie przyszła prawdziwa moda. Co się zmieniło w tym okresie w świadomości, zmianie podejścia do tego co jemy i jaką przywiązujemy do tego wagę?

Zmieniło się sporo. Coraz więcej osób interesuje się tematem. W małych osiedlowych sklepikach, dość kiepsko zaopatrzonych, zaczynają się pojawiać półki ze zdrowymi produktami. Przecież to oczywiste, że w większości dzieje się tak pod wpływem zapytań nas, konsumentów. Wyraźnie widać trend. Trudno mi powiedzieć czemu to przypisać. Ale myślę, że duże znaczenie mają tu portale społecznościowe, na których ludzie zaczęli się dzielić różnymi rzeczami ze znajomymi. Czasem wystarczy jedna dobrze trafiona informacja, by wzbudzić czyjeś zainteresowanie. Sama zaczęłam się dzielić swoją historią, swoim osobistym doświadczeniem i wiedzą, którą dotychczas zdobyłam. I nie zliczyłabym ile razy dostawałam informacje jak dzięki temu ktoś coś zmienił, czegoś spróbował, poczuł się lepiej itd. Stąd budowała się motywacja i osoby dalej dzieliły się informacjami ze swoimi przyjaciółmi. Tak to zaczęło zataczać coraz szersze kręgi. Myślę, że w ten właśnie sposób zaczęła się podnosić świadomość. Trudno byłoby osobie, która nie jest zupełnie zainteresowana tematyką odżywiania i jego wpływu na zdrowie, czytać książki i artykuły z tego obszaru. Ale kiedy raz czy drugi taka osoba zobaczyła, że jej znajomy coś lubi, coś robi, wygląda lepiej to mogła zacząć zastanawiać się dlaczego. To już nie były teksty z gazet, tylko przykłady z życia. Więc bardziej namacalne, bliższe. Dlatego upatruję dużej roli dla wzrostu świadomości w działalności portali społecznościowych. A jeśli już ktoś się zainteresuje, to w dobie internetu nie jest trudno znaleźć więcej informacji.

Gdy sama zaczynałam, spotykałam się z pytaniami o koszt takiego odżywiania – wszyscy sądzili, że jest dość kosztowne.

Tak, to dość powszechny pogląd. Powiem tylko, że jest odwrotnie. Warzywa, kasze, owoce, to jedne z najtańszych produktów. Zwłaszcza świeże, sezonowe, pozyskiwane lokalnie. One zresztą najbardziej nam służą. Białko zwierzęce i ryby należą do drogich, zwłaszcza te nie pochodzące z przemysłowych hodowli. Takich produktów jednak jadamy najmniej i najrzadziej. Więc co do kosztów, to nie do końca jest prawda. Poza tym wpływ na postrzeganie zdrowego odżywiania jako kosztownego mają też mody. Dobrym przykładem są nasiona chia. Oczywiście są zdrowe, ale kosztują kilkanaście złotych. Tymczasem zamiast chia można jeść siemię lniane, którego koszt to niewiele ponad 2 zł. Doceńmy to, co mamy blisko. Jabłka zamiast owoców egzotycznych, kaszę jaglaną i gryczaną zamiast komosy ryżowej. I tak dalej.

Pierwsze efekty przemyślanej zdrowej diety uskrzydlają, budują nowe nawyki na naturalnej motywacji. Wystarczy jednak czasami mała „wpadka”, by jakaś z zasad została złamana. Czy od kilkunastu lat udaje Ci się utrzymać konsekwencję, czy miałaś okresowe wpadki, które zaburzały na jakiś czas idealny tryb?

Ależ oczywiście, że miałam wpadki. Ważne jest podejście psychiczne do nich czyli to, by się nie przejmować i to, by wracać szybko na dobrą drogę bez zwlekania do następnej okazji postanowień o zmianach jakie czynimy na koniec roku, z okazji urodzin itp.
Teraz na co dzień wybieram zdrowe produkty, jadam z dbałością o równowagę pH, zwracam uwagę na to, co sygnalizuje mi moje ciało. Ale też mam jako normę tzw. odstępstwo na grzeszki, które mają mi dać dużo przyjemności. Takim moim grzeszkiem jest na przykład dobre ciastko do kawy w kawiarni. Grzeszek rozumiem jako pełną przyjemność, delektowanie się. To daje mi też poczucie, że mogę i nie żyję z poczuciem wyrzeczenia. Oczywiście w kawiarni nie bywam codziennie. Polecam znalezienie swoich sposobów na odstępstwa od czasu do czasu by żyć na luzie. To pomaga cieszyć się ze zdrowego odżywiania i czerpać z niego przyjemność, satysfakcję a jednocześnie chwile grzeszków traktować wyjątkowo, niemalże odświętnie. Podwójna przyjemność haha.

W naszej kulturze detoks organizmu to często jeszcze abstrakcyjne pojęcie. Tym większa wartość, że to właśnie znaczeniu detoksu de facto poświęcasz swoją książkę. Stereotypowo kojarzy się z nadaktywnością jelit, budzącą lęk, tym bardziej, że o znaczeniu jelit dla naszego zdrowia w naszym kręgu kulturowym się nie mówi. Jak w skrócie opisałabyś czym jest detoks, na czym polega i dlaczego jest tak ważny.

Lubię myśleć o detoksie jak o prysznicu – tyle, że od środka. Lub jak o gruntownych porządkach. Kiedyś ludzie mieli detoks naturalnie, na przednówku, kiedy kończyły się zapasy żywności. W trakcie detoksu złogi są usuwane, toksyny nagromadzone w różnych częściach ciała wydalane poza organizm, często niszczone są różnorodne ogniska zapalne, o których nawet jeszcze nie wiedzieliśmy, uruchamiane są zdolności organizmu do samoleczenia. Są kliniki, w których głodówka jest jednym z elementów leczenia ciężkich chorób. Nie ma się czego bać. Detoks to wiele profitów dla samopoczucia, wyglądu, kondycji, zdolności umysłowych, wydolności organizmu, libido itd.. Wzrasta energia, układ trawienny i flora jelitowa przywracane są do równowagi. Ciało potem może czerpać ze składników odżywczych jakich dostarczamy wraz z pożywieniem. Czasem bez gruntownego oczyszczenia ciała nawet kiedy zmieniamy sposób odżywiania, nie na wiele się to zdaje, bo mamy kiepską przyswajalność. Oczyszczenie organizmu przynajmniej raz w roku jest kluczowe dla zdrowia i urody. A polega on na czasowej diecie, o bardzo ograniczonej liczbie kalorii, tak by organizm musiał przejść na tzw. odżywianie endogenne (wewnętrzne). Organizm nie dostając dostatecznej ilości energii wraz z pożywieniem, zaczyna szukać z rezerw. A że jest bardzo mądry, to najpierw czerpie z zapasów tłuszczu, zmienionych komórek (np. stanem zapalnym, chorych bądź obcych czy martwych), złogów itd. Detoks postem warzywnym, który polecam – dodatkowo odkwasza organizm, doładowuje nas minerałami i witaminami, odbudowuje florę jelit. Same korzyści.

Jak wytrwać? Jasno to opisujesz w swojej książce, motywujesz do wprowadzenia prostych zdrowych nawyków, ale w życiu, jak na sinusoidzie, czasem dbamy o siebie więcej, czasem mniej.

Słowo wytrwać kojarzy mi się z walką, a to już źle wróży, bo ile można walczyć? Najważniejsza jest zmiana w głowie. Patrzmy na to, co możemy. Znajdziemy ogromne bogactwo. Niech to stanie się przyjemnością, satysfakcją. Przy takim podejściu szybko zaczniemy dostrzegać możliwości nie przeszkody i różnorodność, którą mamy do dyspozycji. Każdy z nas chciałby zachować młodość, wysoki poziom zdolności umysłowych, dobrze wyglądać, jasno myśleć, mieć dobrą kondycję i ochotę na seks, być zdrowym, mieć energię na realizację marzeń, czuć się lekko, budzić się z radością na nowy dzień itd. Nie ma drogi na skróty. Trzeba się za siebie wziąć, potraktować to jako styl życia, a nie czasowy program czy czasową dietę i stopniowo, krok za krokiem wprowadzać zmiany. Tyle ile możemy. Nie przejmować się też wpadkami. To nie ma być udręka tylko zmiana, z której wyniknie wiele korzyści. Nie tylko na poziomie ciała, ale też psychiki. No i pamiętajmy, że chodzi o to, aby jedne produkty zastąpić innymi, zmienić proporcje a nie całkowicie wyeliminować jakąś grupę produktów. Chodzi o to, by dostosować godziny snu tak, aby najwięcej czerpać z nocnego wypoczynku. By część wolnego czasu spędzanego na kanapie zastąpić aktywnością, która przyniesie nam przyjemność i będzie łatwo dostępna. Tak czy tak wszystko zaczyna się w głowie i ktoś kiedyś mądrze powiedział „możesz, jeśli myślisz, że możesz”. Zmiany nie wymagają dodatkowych nakładów czy to czasu, czy finansowych, tylko przeformułowania i zamiany jednego w inne (jednej aktywności w inną, jednych produktów na inne). Zawsze znajdują się możliwości, a kiedy już zaczniemy odczuwać korzyści – będzie coraz łatwiej aż w końcu stanie się to naturalne i przyjdzie dzień, kiedy zdziwimy się jak mogliśmy kiedyś inaczej. Tego wszystkim życzę. Pamiętajmy jaką mamy motywację i cieszmy się efektami. One zaczną pojawiać się szybko. Zmiany możemy wprowadzać stopniowo, choć jedna z nich jest tak ważna dla odczuwanych efektów, że powinna być zrobiona jednorazowo. Chodzi o eliminację żywności wysoko przetworzonej i typu fast food. Szczegółową listę takiej żywności podaję w książce. Wprowadzenie tej jednej zasady wiele nam da.

A jak wprowadzać zdrowe nawyki, jeśli partner ma odmienne poglądy, dzieci jedzą tylko ograniczoną liczbę produktów, etc. Widzę u moich przyjaciół, że można się przestawić całą rodziną. Znam też jednak przypadki dokładnie odwrotne, czyli przygotowywania trojakiego rodzaju posiłków…

Cóż, nie bardzo wyobrażam sobie aby gotować 3 różne rodzaje posiłków ze względu na różne preferencje domowników, o ile nie wynika to z potrzeb związanych z czyjąś chorobą i ograniczeniami z nią związanymi.
Kiedy sama wprowadzałam zmiany, nie patrzyłam na to, co chciałaby jeść moja córka, bo tym sposobem nigdy nie wprowadziłabym zdrowego odżywiania (byłoby to zbyt uciążliwe). Po prostu kiedy ja gotowałam było do jedzenia to, co było. Wiedziałam, że służy to zdrowiu, więc robię dobrze. Córka przyzwyczajona do innych smaków czasem jadła niechętnie. Nie zmuszałam jej, bo też wiedziałam, że je przynajmniej odżywcze, wartościowe jedzenie więc i tak jej organizm skorzysta więcej niż kiedy jadła wcześniej np. białe bułki z żółtym serem czy wędliną. Jadła mniej dobrego pełnoziarnistego chleba niż tych bułek, ale przynajmniej były to wartościowe węglowodany. Tym bardziej nie wyobrażam sobie aby osobną kuchnię prowadzić dla innej osoby dorosłej. Powiedziałabym kto gotuje, ten rządzi w kuchni. Trzeba to jakoś łagodnie z domownikami ustalić, omówić. Bo gotowanie kilku różnych obiadów jest zbyt uciążliwe i może być przyczyną niepowodzenia naszych osobistych starań. Pamiętajmy też, że chcemy aby nasi bliscy byli zdrowi, a nie ma nic równie ważnego dla zdrowia jak odpowiednie pożywienie. Jeśli zaczniemy używać przypraw i ziół – potrawy będą miały ciekawy smak i smaki domowników się zmienią.
Z kolei na czas szczególny, jakim jest np. oczyszczanie na poście warzywnym polecałabym aby nasze warzywne dania podawać też domownikom ale uzupełnione o coś jeszcze (kromkę chleba z masłem, rybę na parze, ser, kaszę, drób z grilla, trochę tłuszczów NNKT). Czyli serwować te same dania warzywne, tylko wzbogacone dodatkowo o coś, co łatwo przyrządzić.